Arthur C. Clarke        W j�drze komety

   - Nie wiem, po co to nagrywam powiedzia� wolno George Takeo Pickett do chwiej�cego si� mikrofonu. - S�aba nadzieja, �e kto� mnie kiedykolwiek us�yszy. Podobno kometa sprowadzi nas w S�siedztwo Ziemi gdzie� za dwa miliony lat, podczas nast�pnego okr��enia S�o�ca. Ciekawe, czy Ziemi� b�d� jeszcze wtedy zamieszkiwa� ludzie i czy ujrz� komet� r�wnie wyra�nie jak my. Mo�e, chc�c j� zbada�, wy�l� tak�e ekspedycj� naukowa. I odkryj� nasz statek "Challenger".

   - Co do statku, to zachowa si� w doskona�ym stanie, mimo up�ywu tylu wiek�w. W zbiornikach znajd� paliwo i du�e zapasy powietrza, wi�c nie podusimy si�; wcze�niej sko�czy si� �ywno�� i umrzemy z g�odu. Sadz� jednak, �e nie b�dziemy czeka� na �mier� g�odow�; sami przyspieszymy koniec, wypuszczaj�c powietrze.

   - Gdy by�em dzieckiem, czyta�em ksi��k� o wyprawie na biegun pod tytu�em "Zima w�r�d lod�w". Ot� teraz znajdujemy si� w zbli�onych warunkach. Otaczaj� nas lody, unosz�ce si� w wielkich porowatych bry�ach. "Challenger" orbituje po�r�d tej gromadki tak wolno, �e trzeba kilku minut, by cz�owiek zyska� pewno��, �e si� poruszaj�. Lecz �adna wyprawa na bieguny Ziemi nigdy nie prze�ywa�a takiej srogiej zimy jak nasza. Tak znacznie oddalimy si� od S�o�ca, �e nie da nam ono wi�cej ciep�a, ni� wydzielaj� gwiazdy. A czy kto� pr�bowa� kiedykolwiek w mro�na zimowa noc ogrza� r�ce przy �wietle Syriusza?

   Ta niedorzeczna my�l, kt�ra przemkn�a mu nagle przez g�ow�, przybita go zupe�nie. Przypomnia� sobie pola pod �nie�n� pierzyn� zalane ksi�ycowym blaskiem i d�wi�ki dzwon�w nios�ce si� daleko na Bo�e Narodzenie wszystko to odleg�e o pi��dziesi�t milion�w mil - i nie m�g� wydoby� g�osu. Naraz nerwy go zawiod�y i za�ka� jak dziecko na wspomnienie tych znajomych, dotychczas nie docenianych urok�w Ziemi, kt�re straci� na zawsze.

   A zaczyna�o si� to tak pomy�lnie, w atmosferze takiego podniecenia i ��dzy przyg�d! Przecie� zaledwie p� roku temu wyszed� z domu, by obejrze� komet�, wkr�tce potem, gdy osiemnastoletni Jimmy Randall odkry� j� za pomoc� zrobionego w�asnor�cznie teleskopu, i wys�a� �w s�ynny telegram do Obserwatorium na g�rze Stromlo. Wtedy by�a jedynie niewyra�n� kijank� mg�y, powoli sun�c� przez konstelacj� Eridana, na po�udnie od r�wnika. Znajdowa�a si� daleko poza Marsem, zataczaj�c szeroki �uk w kierunku S�o�ca po ogromnie wyd�u�onej orbicie. Kiedy poprzednio zaja�nia�a na ziemskim niebie, nie by�o jeszcze ludzi, kt�rzy by j� mogli ogl�da�, i pewnie wygin� ju�, gdy pojawi si� znowu. Ludzko�� ujrza�a komet� Randalla po raz pierwszy i by� mo�e ostatni.

   W drodze do S�o�ca kometa stale si� powi�ksza�a. Warkocz, jak wielki proporzec unoszony jakim� kosmicznym wiatrem rozci�ga� si� na przestrzeni czterdziestu milion�w mil, gdy p�dem mija�a orbit� Marsa. Wtedy w�a�nie astronomowie u�wiadomili sobie, �e jest to najokazalszy widok, jaki kiedykolwiek widziano na niebie; niczym - w por�wnaniu z nim - by�o ukazanie si� komety Halleya roku 1986. I wtedy kierownictwo Mi�dzynarodowej Dekady Astrofizycznej zdecydowa�o wys�a� w pogo� statek badawczy "Challenger", je�li na czas zd��y si� go przygotowa�.

   Przez wiele tygodni przed �witaniem kometa przecina�a pionowo niebo, niby druga, lecz znacznie ja�niejsza Droga Mleczna. Kiedy dosta�a si� w �ar S�o�ca, kt�ry jej nie doskwiera� od czasu, gdy Ziemia dygota�a pod ci�arem mamut�w, mocno si� uaktywni�a. Strumienie �wietlistego gazu, wydobywaj�ce si� z j�dra, tworzy�y wielkie wachlarze, kt�re wirowa�y z firmamentem jak reflektory. Teraz ogon zape�nia� obszar wielu milion�w mil, wij�c si� popl�tanymi wst�gami i serpentynami, kt�rych uk�ad zmienia� si� ca�kowicie w ci�gu nocy i kt�re ci�gle odwraca�y si� od S�o�ca, jakby p�dzone ku gwiazdom przez pot�ne wiatry, dm�ce z centrum Systemu S�onecznego. Kiedy Pickettowi wr�czono przydzia� na "Challengera" zaledwie wierzy� w�asnym oczom. Nic podobnego nie przydarzy�o si� �adnemu reporterowi od czas�w Williama Laurence'a i bomby atomowej. To, �e mia� stopie� naukowy, znakomity stan zdrowia, usuni�ty wyrostek robaczkowy, by� kawalerem i wa�y� poni�ej stu dwudziestu funt�w, niew�tpliwie mu pomog�o. Ale chyba nie brakowa�o innych r�wnie odpowiednich kandydat�w. No c�, wkr�tce ich zazdro�� przerodzi si� w ulg�.

   Szczup�e pomieszczenia statku nie pozwala�y zabra� dodatkowej osoby, wi�c Pickett mia� wykonywa� takie obowi�zki administracyjne. Ogranicza�o si� to do prowadzenia dziennika pok�adowego, sprawowania funkcji sekretarza kapitana, kontrolowania zapas�w �ywno�ci i uzgadniania sald kartoteki magazynowej, ale zaj�cia te by�y bardzo pracoch�onne. Dobrze si� sk�ada, �e w stanie niewa�ko�ci organizm potrzebuje tylko trzy godziny snu na dob�, my�la� cz�sto.

   Spe�nianie dwu tak r�nych prac wymaga�o mn�stwa taktu. Gdy nie pisa� w swym biurze wielko�ci kom�rki lub nie sprawdza� tysi�cy pozycji na kontach, wychodzi� na �owy z magnetofonem. Stara� si� przeprowadzi� wywiad z ka�dym naukowcem i in�ynierem z dwudziestoosobowej za�ogi "Challengera". Nie wszystkie nagrania mo�na by�o przekaza� na Ziemi�; jedne zawiera�y zbyt du�o termin�w fachowych, inne by�y za bardzo niewyra�ne lub uszkodzone. Lecz przynajmniej traktowa� wszystkich jednakowo i dot�d nikomu nie nadepn�� na odcisk. C�, w tej chwili to nie ma �adnego znaczenia.

   Zastanawia� si�, co s�dzi o ich sytuacji doktor Martens. Astronom nale�a� do najnieprzyst�pniejszych os�b bior�cych udzia� w wyprawie, lecz tak�e by� �r�d�em najciekawszych wiadomo�ci. Wiedziony nag�ym impulsem, Pickett odszuka� ta�m� z wcze�niejszymi nagraniami Martensa i za�o�y� do magnetofonu. Wiedzia�, �e umykaj�c w przesz�o��, usi�uje odgrodzi� si� od rzeczywisto�ci, ale u�wiadomiwszy to sobie, nabra� jedynie nadziei, �e ta pr�ba ucieczki powiedzie si�.

   Wci�� mia� w pami�ci ten pierwszy wywiad, kiedy pozbawiony wagi mikrofon, ko�ysz�cy si� lekko w podmuchu powietrza z wentylator�w, tak go zahipnotyzowa�, �e chaotycznie prowadzi� wywiad. Nikt jednak si� tego nie domy�li�; jego wy�wiczony g�os brzmia� r�wno, normalnie.

   Znajdowali si� dwadzie�cia milion�w mil za komet�, lecz szybko j� dop�dzali, gdy zatrzyma� Martensa w obserwatorium i zada� mu wst�pne pytanie.

   - Doktorze Martens - zacz�� z czego si� w�a�ciwie sk�ada kometa Randalla?

   - To prawdziwa mieszanina, kt�ra ci�gle si� zmienia, w miar� oddalania si� od S�o�ca - odpar� astronom.-Ale w warkoczu wyst�puje g��wnie amoniak, metan, dwutlenek w�gla, dwucyjan i...

   - Dwucyjan? To chyba gaz truj�cy? Co by si� sta�o w przypadku zderzenia z Ziemi�?

   - Nic. Cho� ogon wygl�da tak efektownie, ustalono, �e jest to ca�kowita pr�nia. Obj�to�� r�wna obj�to�ci Ziemi zawiera mniej wi�cej tyle gazu, ile powietrza mie�ci si� w pude�ku od zapa�ek.

   - A jednak ta gazowa-py�owa otoczka przybiera taki wspania�y kszta�t.

   - Podobnie jak rozrzedzone gazy w reklamach neonowych i z tego samego powodu. Ogon komety �wieci, gdy� S�o�ce bombarduje go moleku�ami na�adowanymi elektryczno�ci�. Warkocz jest jak gdyby kosmicznym neonem; obawiam si�, �e pewnego dnia spece od reklamy u�wiadomi� to sobie i znajd� spos�b pisania hase� reklamowych na sklepieniu niebieskim.

   - To przygn�biaj�ca my�l, chocia� przypuszczam, �e niekt�rzy m�wiliby wtedy o triumfie nauki stosowanej. Ale dajmy spok�j ogonowi. Jak szybko dotrzemy do punktu centralnego komety, do j�dra - s�dz�, �e tak pan go nazywa.

   - Poniewa� po�cig trop w trop zawsze zajmuje du�o czasu, potrwa to jeszcze ze dwa tygodnie. Gdy dogonimy komet�, b�dziemy si� coraz bardziej zag��bia� w ogon, mierz�c jej przekr�j poprzeczny. Lecz cho� od j�dra dzieli nas dwadzie�cia milion�w mil, ju� dowiedzieli�my si� o nim mn�stwo rzeczy. Przede wszystkim, �e jest niezwykle ma�e - poni�ej pi��dziesi�ciu mil �rednicy - i niejednolite - sk�ada si� z wielu mniejszych obiekt�w, spowitych ob�okami gaz�w i py��w.

   - Czy uda nam si� wej�� w j�dro? - To si� oka�e, gdy si� do niego zbli�ymy. Mo�e zachowamy ostro�no�� i b�dziemy je bada� przez teleskopy z odleg�o�ci kilku tysi�cy mil. Ale osobi�cie b�d� bardzo zawiedziony, je�eli si� nie dostaniemy do �rodka. A pan?

   Pickett wy��czy� magnetofon. Tak, Martens ma racj�. Na pewno by�by rozczarowany, gdy� wydawa�o si�, �e znik�d nie grozi im �adne niebezpiecze�stwo. I nie zagrozi�o, przynajmniej ze strony komety. Katastrofa wydarzy�a si� na statku.

   Sun�li, mijaj�c jedn� po drugiej olbrzymie, nieprawdopodobnie cienkie zas�ony gazu, kt�re wci�� wydziela�a kometa Randalla, p�dem oddalaj�ca si� od S�o�ca. Ale nawet teraz, chocia� wchodzili w najg�ciejsze warstwy, byli w gruncie rzeczy w ca�kowitej pr�ni. �wiec�ca mg�a, kt�ra rozsnuwa�a si� wok� "Challengera" na wiele milion�w mil, lekko przes�ania�a gwiazdy, lecz wprost przed nimi, w g�owie komety, b�yszcza�a plama zamglonego �wiat�a, wci�gaj�ca ich coraz dalej, niczym b��dny ognik.

   Niebawem zak��cenia elektryczne, nasilaj�ce si� coraz gwa�towniej ze wszystkich stron, niemal zupe�nie przerwa�y po��czenie z Ziemi�. G��wny nadajnik radiowy statku w dalszym ci�gu przekazywa� sygna�y, ale w ostatnich dniach sprowadzi�o si� to do wystukiwania Morsem wiadomo�ci, �e wszystko w porz�dku. Gdy oderw� si� od komety i skieruj� na Ziemi�, zostanie przywr�cona normalna ��czno��, lecz w tej chwili byli niemal r�wnie samotni jak badacze przed wynalezieniem radia. Sprawia�o to k�opot, ale nic ponadto. Tak naprawd� Pickettowi dosy� si� podoba� ten stan rzeczy; m�g� wi�cej czasu po�wi�ci� nowym obowi�zkom. Cho� "Challenger" mkn�� ku j�dru komety z szybko�ci�, o jakiej �adnemu kapitanowi w dziewi�tnastym wieku nawet si� nie �ni�o, kto� musia� ci�gle sprawdza� zapasy �ywno�ci.

   Bardzo powoli, ostro�nie, przeszukuj�c radarem ca�� przestrze� woko�o, "Challenger" wpe�z� w j�dro. I tam utkn�� w lodach.

   Ju� w latach czterdziestych dziewi�tnastego wieku Fred Whipple z Harvardu doszed� prawdy, lecz trudno by�o w ni� uwierzy�, chocia� si� mia�o dow�d przed oczyma. Stosunkowo niewielkie j�dro komety tworzy�a lu�na grupka g�r lodowych, kr�c�cych si� wok� siebie po swoich orbitach. Lecz w przeciwie�stwie do unosz�cych si� na morzach polarnych, te nie mia�y o�lepiaj�cej bia�o�ci zamarzni�tej wody; by�y ziemistoszarymi, bardzo porowatymi bry�ami jakby cz�ciowo stopnia�ego �niegu. Od czasu do czasu po wch�oni�ciu ciep�a S�o�ca z zag��bie� na ich powierzchni zawieraj�cych metan i zlodowacia�y amoniak tryska�y gigantyczne fontanny. Dawa�o to wspania�e widowisko, ale Pickett nie mia� czasu go podziwia�. By� ostatnio bardzo zapracowany.

   W�a�nie jak zwykle kontrolowa� prowiant na statku, gdy stan�� w obliczu katastrofy - cho� up�yn�o troch� czasu, nim zda� sobie z tego spraw�. Bo je�li chodzi o �ywno��, sytuacja przedstawia�a si� ca�kiem dobrze; mieli zapasy wystarczaj�ce na drog� powrotn�. Sprawdzi� to osobi�cie, a teraz musia� tylko uzgodni� konta w pami�ci komputera, gdzie znajdowa�a si� kartoteka magazynu.

   Gdy na ekranie po raz pierwszy zjawi�y si� jakie� zwariowane cyfry, Pickett my�l�c, �e nacisn�� z�y klawisz, zlikwidowa� wszystko i na nowo wprowadzi� dane do komputera:

   prasowane mi�so w skrzyniach

   stan pocz�tkowy 60

   dotychczas zu�yto 17

   saldo 99999943

   Powtarza� czynno�� wielokrotnie z nie najlepszym rezultatem. Potem zirytowany, lecz niezbyt zatrwo�ony, uda� si� na poszukiwania doktora Martensa.

   Znalaz� astronoma w izbie tortur male�kiej salce gimnastycznej, wci�ni�tej pomi�dzy magazyn techniczny i g��wny zbiornik propergolu. Ka�dy cz�onek za�ogi musia� tu �wiczy� godzin� dziennie, �eby mu nie zwiotcza�y mi�nie w tym pozbawionym grawitacji �rodowisku. Martens mocowa� si� z pot�nymi spr�ynami. Ponura, stanowcza twarz spochmurnia�a mu jeszcze bardziej, kiedy Pickett opowiedzia�, co zasz�o.

   Po kilku pr�bach na podstawowych urz�dzeniach wej�ciowych szybko domy�lili si� strasznej prawdy. Komputer - powiedzia� Martens - nie jest w stanie nawet dodawa� i odejmowa�. - Oczywi�cie naprawimy go!

   Martens potrz�sn�� przecz�co g�ow�. Zawsze zarozumia�y, teraz zupe�nie straci� zwyk�� pewno�� siebie.

   - Nawet konstruktorzy nie byliby w stanie tego dokona�. To jednolita masa mikroobwod�w, u�o�onych r�wnie ciasno jak w ludzkim m�zgu. Jednostki pami�ci wci�� dzia�aj�, lecz urz�dzenia obliczeniowe s� zupe�nie bezu�yteczne. Wprost wydzieraj� sobie liczby wprowadzone do komputera.

   - I co nam zostaje? - spyta� Pickett. - To wyrok �mierci - odpar� t�po Martens. - Bez komputera jeste�my sko�czeni. Niemo�liwe jest tradycyjnym sposobem wyliczy� orbit� powrotn� na Ziemi�. Armii matematyk�w zaj�oby to ca�e tygodnie.

   - �mieszna historia! Statek znajduje si� w doskona�ym stanie, mamy mn�stwo �ywno�ci i paliwa, a pan powiada, �e umrzemy, bo nie potrafimy doda� kilku liczb.

   - �adnych kilku liczb - odci�� si� Martens z resztk� dawnej energii. - Powa�niejsze zmiany w nawigacji jak ta nam potrzebna, �eby si� oderwa� od komety i wej�� na orbit� prowadz�c� ku Ziemi, wymagaj� oko�o stu tysi�cy odr�bnych dzia�a�. Nawet komputerowi zajmuje to kilka minut.

   Pickett nie by� matematykiem, lecz na tyle si� zna� na astronautyce, �eby zdawa� sobie spraw� z powagi sytuacji. Na rakiet� lec�c� w przestrzeni kosmicznej wywiera wp�yw wiele cia�. G��wnie oddzia�uje na ni� si�a przyci�gania S�o�ca, utrzymuj�ca wszystkie planety niezmiennie na swych orbitach. Lecz same planety tak�e ci�gn� j� w r�ne strony, chocia� znacznie s�abiej. Uwzgl�dnienie tych antagonistycznych si�, a przede wszystkim dotarcie do upragnionego celu, oddalonego o miliony mil, jest problemem niezmiernie skomplikowanym. Pickett rozumia� rozpacz Martensa; kt�ry mo�e pracowa� bez narz�dzi u�ywanych w jego zawodzie? A �aden zaw�d nie wymaga tak skomplikowanych przyrz�d�w jak w�a�nie zaw�d astronoma.

   Chocia� kapitan og�osi� fataln� nowin� i cho� natychmiast zwo�ano pierwsz� narad�, na kt�rej zebra�a si� ca�a za�oga, by rozwa�y� sytuacj�, wiele czasu up�yn�o, nim ludzie u�wiadomili sobie, co im grozi. Od kresu �ycia dzieli�y ich ca�e miesi�ce, wi�c umys�y nie by�y w stanie tego poj��; byli skazani na �mier�, lecz nikt si� nie spieszy� z wykonaniem wyroku. A przed nimi rozpo�ciera�y si� nadal wspania�e widoki...

   Poza �wiec�c� mg��, kt�ra otula�a statek i kt�ra stanie si� ju� na zawsze ich pomnikiem w przestworzach, dostrzegali ogromne �wiat�o Jowisza, przy�miewaj�ce blask pozosta�ych gwiazd. Niekt�re z nich jeszcze �wieci�y, inne wygasa�y, kiedy statek mija� najpot�niejsze dzieci S�o�ca. Czy warto prze�y� te ostatnie tygodnie, zadawa� sobie pytanie Pickett, by no w�asne oczy zobaczy� obraz, kt�ry po raz pierwszy mign�� Galileuszowi w jego niedoskona�ym teleskopie czterysta lat temu - satelit�w Jowisza przesuwaj�cych si� tam i z powrotem jak paciorki na niewidocznym drucie?

   W�a�nie! Paciorki na drucie. Te s�owa wyrwa�y z jego pod�wiadomo�ci niemal ca�kiem zatarte wspomnienia dzieci�stwa. Musia�y si� chyba budzi� wiele dni. Teraz cisn�y si� do wyczekuj�cego umys�u.

   - Nie! - krzykn�� g�o�no. - To �mieszne. B�d� ze mnie kpili.

   No to co! - odrzek�o jego drugie ja. Je�li rzecz si� nie uda, przynajmniej wszyscy znajd� zaj�cie w czasie, gdy b�dzie ubywa�o �ywno�ci i tlenu. Nawet najmniejsza iskra nadziei to lepsze ni� w og�le nic.

   Przesta� manipulowa� przy magnetofonie. Nastr�j sentymentalnego rozczulania si� nad sob� min��. Uwolniwszy si� od elastycznego pasa, kt�rym by� przypi�ty do siedzenia, ruszy� w kierunku magazynu technicznego na poszukiwania odpowiedniego materia�u.






   - Posuwa pan �arty za daleko powiedzia� doktor Martens trzy dni p�niej, obrzucaj�c pogardliwym wzrokiem tandetny przyrz�d z drutu i drewna w r�kach Picketta.

   - Przypuszcza�em, �e tak pan to przyjmie - odpar� Pickett, staraj�c si� zachowa� zimn� krew. Ale niech mnie pan pos�ucha jeszcze chwil�. Moja babka by�a Japonk� i w dzieci�stwie opowiedzia�a mi pewn� histori�, kt�r� przypomnia�em sobie ostatnio. My�l�, �e to mo�e ocali� nam �ycie. - Ot� po drugiej wojnie �wiatowej stan�li do konkursu szybko�ci: Amerykanin wyposa�ony w maszyn� licz�c� i Japo�czyk pos�uguj�cy si� liczyd�em. Zwyci�y�o liczyd�o.

   - A zatem wybrali kiepsk� maszyn� albo nieudolnego operatora.

   - Sk�d�e. Najlepszego w armii ameryka�skiej. Ale przesta�my si� sprzecza� i wypr�bujmy je. Prosz� mi poda� dwie trzycyfrowe liczby.

   - Och! 856 razy 437.

   Palce Picketta zata�czy�y na ga�kach, b�yskawicznie przesuwaj�c je to w jedn�, to w drug� stron�. Dwana�cie pr�t�w pozwala�o uzyskiwa� dwunastocyfrowe wyniki; nadto liczyd�o mo�na by�o podzieli� na oddzielne sekcje i jednocze�nie wykonywa� na nim r�ne dzia�ania.

   - 374072 - momentalnie oznajmi� Pickett. - Teraz zobaczymy, jak d�ugo b�dzie pan to wylicza� o��wkiem.

   Up�yn�a dobra chwila, nim Martens, kt�ry - jak wi�kszo�� matematyk�w by� s�aby w arytmetyce, wykrzykn��: 375072!

   Pobie�na kontrola potwierdzi�a, �e uzyskanie odpowiedzi - zreszt� mylnej - zaj�o Martensowi na papierze trzykrotnie wi�cej czasu.

   Na twarzy astronoma przygn�bienie miesza�o si� z ciekawo�ci�.

   - Gdzie si� pan tego nauczy�? spyta�. - My�la�em, �e na tych g�upstwach mo�na tylko dodawa� i odejmowa�.

   - Przecie� mno�enie jest wielokrotno�ci� dodawania, prawda? Doda�em jedynie cyfr� 856 siedem razy w kolumnie jedno�ci, trzy razy w kolumnie dziesi�tek i cztery razy w kolumnie setek. Robi pan to samo, licz�c o��wkiem. Naturalnie stosuje si� pewne uproszczenia., Skoro uwa�a mnie pan za dobrego rachmistrza, szkoda, �e nie widzia� pan mego dziadka stryjecznego. Pracowa� kiedy� w banku w Jokohamie i podczas liczenia nie spos�b by�o dostrzec jego migaj�cych palc�w. Nauczy� mnie, jak mo�na u�atwi� t� prac�, lecz w ci�gu dwudziestu lat wiele z tego zapomnia�em. Robi� to do�� wolno, bo �wicz� dopiero kilka dni. Tym niemniej chyba przekona�em pana, �e warto si� nad tym zastanowi�.

   - Oczywi�cie. Czy dzielenie idzie r�wnie szybko?

   - Prawie tak samo, je�li kto� ma du�� wpraw�.

   Martens uj�� liczyd�o i zacz�� lekko przesuwa� ga�ki w obie strony. Potem westchn��.

   - Pomys�owe - stwierdzi� - lecz w istocie niewiele nam pomo�e. Je�liby nawet liczyd�o by�o dziesi�� razy szybsze ni� cz�owiek wyposa�ony w papier i o��wek - a nie jest - komputer jest milion razy szybszy.

   - Zastanawia�em si� nad tym - odrzek� Pickett troch� niecierpliwie. Martens nie by� twardy - zbyt �atwo si� poddawa�. C� on my�li? Jak radzili sobie astronomowie sto lat temu, gdy nie istnia�y maszyny matematyczne?

   - Ot� proponuj� rzecz nast�puj�c�. Prosz� mi powiedzie�, je�li dostrze�e pan jakie� s�abe punkty.

   Starannie dobieraj�c s�owa, z przekonaniem wy�o�y� sw�j plan. Kiedy sko�czy�, Martens odetchn�� wolno i roze�mia� si�; po raz pierwszy od wielu dni Pickett us�ysza� �miech na pok�adzie "Challengera".

   - Chc� zobaczy� twarz kapitana, gdy mu pan powie, �e wszyscy wracamy do przedszkola, by rozpocz�� zabaw� w paciorki - rzek� astronom.

   Na pocz�tku za�oga przyj�a plan sceptycznie, ale szybko zmieni�a zdanie, kiedy Pickett urz�dzi� kilka pokaz�w. Dla ludzi wychowanych w �wiecie elektroniki fakt, �e prosty przyrz�d z pr�t�w i ga�ek mo�e dokazywa� takich oczywistych cud�w, by� rewelacj�. Stwarza�o to tak�e szans�. Od powodzenia zamys�u zale�a�o ich �ycie, wi�c przystali na� ochoczo.

   Skoro tylko personel techniczny zrobi� dostateczna liczb� sprawnie dzia�aj�cych kopii nie dopracowanego prototypu Picketta, rozpocz�y si� lekcje. Wyja�nienie podstawowych zasad zaj�o ledwie kilka minut. Za to nabycie wprawy wymaga�o czasu - ca�ymi godzinami trwaj�cych �wicze�, a� palce zaczyna�y same skaka� po drutach i bez udzia�u �wiadomo�ci przesuwa� paciorki na w�a�ciwe miejsce. Znalaz�o si� kilku cz�onk�w za�ogi, kt�rzy nie zdo�ali nabra� wprawy i wci�� si� mylili, nawet po tygodniu nieustannych wysi�k�w, lecz byli r�wnie� tacy, co szybko prze�cign�li samego Picketta.

   Po nocach �ni�y im si� kolumny cyfr i przesuwaj�ce si� ga�ki. Gdy przeszli kurs podstawowy, podzielono ich na zespo�y, kt�re p�niej ostro wsp�zawodniczy�y ze sob�, osi�gaj�c przy tym coraz wi�ksza sprawno��. W ko�cu na pok�adzie "Challengera" spotyka�o si� ludzi przemna�aj�cych czterocyfrowe liczby w ci�gu pi�tnastu sekund i utrzymuj�cych tak wysokie tempo przez wiele godzin.

   Ta czysto mechaniczna praca wymaga�a wprawy - to wszystko. Naprawd� trudne zadanie sta�o przed Martensem i niewiele mo�na mu by�o pom�c. Musia� zapomnie� o metodach opartych na technice komputerowej, kt�rymi si� dotychczas pos�ugiwa�, i tak zmieni� uk�ad wylicze�, �eby je mog�y wykonywa� automatycznie osoby nie maj�ce poj�cia, co znacz� liczby, kt�re przemna�aj�. Dostarcza� zespo�om podstawowych danych, a one post�powa�y zgodnie z ustalonym programem. Po kilku godzinach zwyk�ej, mozolnej pracy, na ko�cu tej matematycznej linii otrzymywano prawid�owy wynik, pod warunkiem �e nikt nie pope�ni� b��du. A sposobem, kt�ry od niego chroni�, by�o krzy�owe sprawdzanie w pewnych odst�pach rezultat�w wylicze� przez dwie r�ne grupy.

   - To, co tu robimy - powiedzia� Pickett do magnetofonu, gdy wreszcie mia� czas pomy�le� o s�uchaczach, do kt�rych ju� nigdy nie spodziewa� si� m�wi� - jest konstruowaniem maszyny matematycznej z istot ludzkich zast�puj�cych w niej obwody elektryczne. Taki kilka tysi�cy razy wolniejszy komputer nie mo�e wykonywa� wielu operacji jednocze�nie i �atwo si� m�czy, ale pracuje. Nie powierzamy mu wszystkich czynno�ci zwi�zanych z nawigacja w kierunku Ziemi - to zbyt skomplikowane - lecz te prostsze, potrzebne do ustalenia orbity kt�ra nas sprowadzi w zasi�g radia. Zaraz po wydostaniu si� ze sfery zak��ce� elektrycznych podamy nasza pozycj�, a wielkie komputery na Ziemi powiedz� nam, co robi� dalej.

   - Ju� nie lecimy poza System S�oneczny oderwali�my si� od komety. Sprawdzamy wyliczenia orbity, �eby uzyska� maksymalna dok�adno��. Jeszcze jeste�my w ogonie komety, ale j�dro znajduje si� milion mil poza nami i nigdy nie ujrzymy ponownie tych bry� amoniakalnych. Oddalaj�c si� od S�o�ca, mkn� w mro�na noc ku gwiazdom, podczas gdy my wracamy do domu.

   - Halo! Ziemia... Halo. Ziemia! Tu "Challenger" Wzywa ci� "Challenger" Natychmiast sygnalizujcie, kiedy nas us�yszycie. Chcemy, by�cie sprawdzili nasze rachunki, zanim nam odpadn� palce.

przek�ad : Irena Czubi�ska

    powr�t